Co nowego?
28.03.2012
Newsy
Źródła inspiracji do tego, co tu właśnie piszę nie trzeba szukać daleko. Właśnie zajadam się bardzo osobliwą czekoladą Pana Edmunda Wedla - niby taka zwykład beżowo-czerwona gorzka "Jedyna", ale to, co w niej niezwykłe to fakt, że tabliczka, ktorą miałem zaszczyt wczoraj rozparcelować ma wagę 1.1kg i można ją aproksymować prostopadłościanem o wymiarach 31.5x16x1.5cm. Prawdziwe bydle wśród czekolad! Co tu dużo gadać, do najsmaczniejszych nie należy, bo jest gorzka, ale z braku laku...
I właśnie ta czekolada jakoś tak mile połechtała moje kubeczki smakowe, które z kolei wysłały do mózgu sygnał o zbliżającym się stanie błogiego rozprężenia, który jak wiadomo sprzyja wszelkiej aktywności, że postanowiłem poddać się impulsowi chwili i coś tu naskrobać. A więc do rzeczy, rozpocznę krótko o bieganiu, bo tego spodziewa się każdy, kto odwiedza tą stronę. Trenuję hardo. Co tu dużo gadać, od 19 grudnia 2011, kiedy to doprowadziłem się do porządku w kwestii wszelkich dolegliwości, jadę równo do przodu. Byłem mocno zniesmaczony faktem, że pod koniec lutego byłem zmuszony odpuścić jeden trening z powodu przeziębienia, ale z czasem rozeszło się po kościach i moja psychika po krótkim, acz intensywnym załamaniu, wróciła do stanu właściwego. Po drodze zaliczyłem obóz w Jagniątkowie, krótki wypad do Żelazka w lutym i pierwsze zawody na Węgrzech, z których mapy prezentowałem z właściwym i obszernym komentarzem poniżej. Były też biegi uliczne i przełajowe, w tym klasyczne już pojedynki Grabowsky vs Morawsky vs Parfianowicz, z których przeważnie wychodziłem przegrany, co nie przeszkodziło mi osiągnąć stanu solidnego samozadowolenia w dniu 10 marca, kiedy to nabiegałem w biegu na Kabatach 33'07 na niecałe 10km.
Tyle o przeszłości. Teraz trochę o przyszłości - w piątek ruszamy z klubem na Słowację na CESOM. Cel jest jeden - kasa! W kategoriach MW21-E do wygrania 300/200/100EUR za pierwsze trzy miejsca. Brzmi ciekawie, ale nazwiska na liście startowej nazbyt znajome, aby sądzić, że pieniążki wiszą na drzewach i wystarczy je zerwać. Potem święta, a jak wiadomo - jak święta to obóz, w tym roku dzięki uprzejmości trenera Kaja ze Śląskiem Wrocław. W weekend po świętach lecę podbić Szwecję, czyli Silva League w Goteborgu. Powrot na stare śmieci sprzed 4 lat. Zapowiada się ciekawie!
Teraz trochę z innej beczki, której tutaj do tej pory nie raczyłem otwierać, czyli trochę moich przemyśleń odnośnie działań organizacyjnych na arenie warszawskiej i ogólnopolskiej. Warszawa Nocą to już przeszłość. Nie da się ukryć, że efekt, który udało się na osiągnąć przerósł moje najśmielsze założenia początkowe. Średnia liczba 167 zawodników na każdym etapie jest w moim odczuciu sporym sukcesem, a najlepsze, że znaczna część tych ludzi to osoby "spoza BnO" lub "luźno związane z BnO". Podejście do ogranizacji miało być z założenia minimalistyczne, ale w efekcie tak dużej frekwencji konieczne okazało się większe zaangażowanie ludzi, jak do normalnych zawodów. I w zasadzie udało się nam osiągnąć chyba wszystkie cele, które sobie określiłem - mój pierwotny projekt WN z września 2011 można zobaczyć tutaj. Podsumowując, poniżej TOP5 moich personalnych sukcesów osiągniętych przy okazji organizacji WN:
1. zrobienie fragmentu mapy na terenie Sejmu RP
2. logo WN
3. opracowanie eleganckiej oprawy graficznej map
4. wydruk transparentnej trasy na E4
5. graficzna oprawa wyników online
Teraz czas na Szybki Mózg! Długo trwała debata nad nazwą dla kontynuacji WN, bo to, że się odbędzie zaczęło świtać w naszych głowach w zasadzie po drugim, czy trzecim etapie WN. Rozwiązanie okazało się nader proste - czemu nie wykopać z grobu legendy? I w ten sposób kultowa nazwa "Szybki Mózg" została przywrócona do życia, tym razem w nieco innym wydaniu i z nowym logo by Cygler (wielkie dzięki!). Jedziemy z rozpędu po WN, więc apetyty są spore, ale i atrakcje niemałe! Dwie całkowicie nowe mapy (E4 i E5), ciekawy teren na E1 (częściowo ten sam co WN E1) oraz knock-out sprint w Powsinie (E3) to będzie coś! I do tego klasyfikacja generalna, z nocnym biegiem pościgowym na ostatnim etapie. Sam chciałbym wystartować! Jedyny mankament to wzrost wpisowego o 100% do 10PLN/etap, co niestety było nieuniknione, patrząc na nasz wynik finansowy po WN (na niektórych etapach byliśmy pod kreską). Ale cóż, trzeba mieć nadzieję, że ludzi to bardzo nie zniechęci - póki co prawie 30 osób zgłoszonych.
Poniżej jeszcze mapy z ostatnich dwóch warszawskich treningów:
6.03.2012
Węgry
Dziś krótko i treściwie!
Treningi z Czechami:

Juniper Open:
14.01.2012
Pierwszy śnieg
Dziś, a w zasadzie w nocy z wczoraj na dziś, do Warszawy zawitał pierwszy tej zimy śnieg. Nie jest to pewnie wiadomość sensacyjna, bo podobne zjawiska atmosferyczne miały zapewne miejsce na większości obszaru naszego kraju, ale myślę, że warto zakomunikować, że w Warszawie również się to wydarzyło. I właśnie w związku z tym śniegiem odbył się dzisiaj w Starej Miłosnej pierwszy oficjalny zimowy trening, w którym wzięło udział szerokie grono zawodników polskiej elity, w tym między innymi Tadziu 32167 i ja. Mapa poniżej:

Jak widać powyżej - biegaliśmy trening z nowego, mazowieckiego wydawnictwa "dozwolone od lat 18". 11.3km zdawało się być dla mnie przed biegiem dystansem przystępnym, który trochę zlekceważyłem (częściowo po wrażeniach z treningu czwartkowego (mapa poniżej - też "18"), który był zadziwiająco łatwy i szybki), a okazało się, że dzisiaj mapa częściowo pokonała jej autora, a już na pewno solidnie pstryknęła go w ucho. Warstwa śniegu o grubości około 4.8cm i uciążliwe podłoże to chyba główne przyczyny tego pstryczka. Poniżej kilka fotek z treningu:
1. Tadziu32167, ja i las
2. Tadziu32167 łamie drzewo (w tle jego Ferrari)
3. Tadziu 32167 cieszy michę po informacji, że wygrał trening

Tyle o teraźniejszości. Teraz trochę o przeszłości - poniżej wrzucam wszystkie pozostałe mapy, które dotychczas od początku trenowania (czyli 19 grudnia) udało mi się zaliczyć, głównie ze Sztutowa, który to obóz był w moim wykonaniu raczej ulgowy, ale jakże miły i udany. W przeciwieństwie do większości, nie biegałem tam wcześniej dużo, więc tym bardziej mogłem się rozkoszować doskonale innym znanymi mapami!

Ostatnia już warta odnotowania sprawa to dwie ostatnie mapy z tych powyżej - na obydwu, jak i na tej z dzisiejszego korytarza mamy tzw. klasyczne szlaczki z Painta. Szybki wniosek Sherlocka Holmesa:
1. nie chciało mu się zgrać przebiegów - niemożliwe! Morawsky zawsze zgrywa
2. zapomniał Garmina na trening - niemożliwe! trzy treningi z rzędu? byłby idiotą!
3. zgubił Gramina - niemożliwe! Morawsky nic nie gubi
A jednak jedna z trzech powyższych odpowiedzi jest prawdziwa, pytanie która? Podpowiem, że trzecia - Garmin zaginął na zeszłoniedzielnym treningu w Otwocku (mapa Meran), musiał zostać gdzieś na parkingu po biegu, jednak wizja lokalna nie wykazała tam jego obecności w około 2h po treningu, więc kolejny wniosek Sherlocka Holmesa - znalazł nowego właściela między 12:10, a około 14:30 dnia 8 stycznia. Albo zapadł się pod ziemię lub wyparował? Stąd też prośba, że jeśli ktoś się do tego poczuwa, niech da znać przynajmniej, że go ma i jest w dobrych rękach.
I jeszcze raz ogromne pozdro dla Tadzia32167.
17.12.2011
Akcja i reakcja
3. zasada dynamiki Newtona mówi:
Actioni contrariam semper et aequalem esse reactionem; sive corporum duorum actiones in se mutuo semper esse aequales et in partes contrarias dirigi.
Domyślam się, że wszyscy to doskonale rozumieją, ale żeby nie było wątpliwości jest to tzw. zasada akcji i reakcji. I otóż to, że tu piszę jest właśnie doskonałym dowodem na prawdziwość prawa, które n lat temu odkrył Pan Newton. Była akcja (zrobiłem obiad), jest i reakcja w postaci tego, co tu piszę! Ale gdyby to był zwykły obiad pewnie reakcji by nie było, ale zainspirowany fantastycznymi popisami kulinarnymi dwóch Pań o dziwnie znanym nazwisku "Morawska", które można znaleźć tutaj, postanowiłem również dać upust swoim zdolnościom kulinarnym, które wybrani mieli sznasę już poznać, co w wielu przypadkach skutkowało tym, że ich kubeczki smakowe bez końca machały uszkami z radości. Więc oto prezentuję mój autorski przepis:
Pieczony łosoś w sosie śmietanowo-czosnkowym
Jak wynika z nazwy, można uznać owo danie za dość wykwintne, ale nic bardziej mylnego! Otóż w dobie internetu, telefonii komórkowej, Unii Europejskiej, kryzysu finansowego i agencji ratingowych, łosoś wbrew powszechnym opiniom jest w zasięgu ręki wielu śmiertelników, także zapraszam do wybróbowania. Tymczasem czas na przepis!
Składniki (na porcję dla jednej wygłodniałej osoby typu Morawski, Cygler, Jasiński):
- 0.3kg świeżego fileta łososia (w sprzedaży detalicznej dostępne są trzy wersje: łosoś w kształcie "dzwonków" - kiepski (~15PLN/kg w Carrefourze), filet ze skórą - bardzo polecam! (~20PLN/kg), filet bez skóry - wypasiony (~25PLN/kg)),
- 4 średniej wielkości ziemniaki,
- masło
- śmietana 12-18%,
- mąka,
- majonez,
- ogromny ząbek czosnku,
- sałata lodowa,
- pomidor,
- marchew,
- przyprawy: sól, pieprz, bazylia,
Przygotowanie:
1. Łosoś: W moim przypadku była to wersja druga, czyli łosoś ze skórą. Pierwsze, myjemy dokładnie rybę pod bieżącą wodą. Drugie, odkrajamy skórę (chyba, że ktoś lubu jeść) i wyciągamy duże ości (u mnie 7 sztuk), które w każdym filecie zawsze się znajdą. Trzecie, przyprawiamy solą i pieprzem, a następnie obtaczamy w mące. Czwarte, wrzucamy na rozgrzaną patelnię i delikatnie obsmażamy z wierzchu, aby się trochę zarumienił. Piąte, wkładamy rumianą rybę do nagrzanego piekarnika. Czas pieczenia w minutach oczywiście powinien być wprost proporcjonalna do temperatury panującej w piekarniku podzielonej przez 10. Co w moim przypadku oznacza, że mając piekarnik nastawiony na "1" piekłem łososia przez 16 minut.
UWAGA! Rada z cyklu "ucz się na błędach innych" - przy wyjmowaniu łososia w piekarnika dobrze jest się nie poparzyć!
2. Sos: odprowadzamy do miseczki około 1/4 małego opakowania śmietany, dodajemy do tego dwie czubate łyżkeczki majonezu, wyciskamy do środka ogromy ząbek czosnku, dalej dodajemy sól i pieprz do smaku. Wszystko mieszamy do uzyskania lśniącej i gładkiej konsystencji.
3. Ziemniaki: Z ziemniakami filozofii nie ma - obieramy, solimy i gotujemy do momentu uzyskania odpowiedniej twardości.
4. Sałatka "a la Morawski": Zaczynamy od obierania marchwii, którą następnie ścieramy na tarce (te większe kawałki). Dalej kroimy półtora liścia sałaty lodowej w drobne kawałki, na koniec dodajemy połówkę pomidora pokrojoną w 16 małych części. Wszystko mieszamy i przyprawiamy pieprzem, solą i bazylią.
5. Podawanie: Wykładamy na talerz odpowiednio ziemniaki, na które kładziemy kilka małych kawałków masła, dalej łososia, którego oblewamy naszym aromatycznym sosem, a do miseczki obok nakładamy naszą sałatkę. Danie gotowe!
UWAGA! Rada z cyklu "ucz się na błędach innych" - przy takich ilościach jadła, owo danie niestety nie mieści się na jednym talerzu, dlatego konieczne jest wykorzystanie jeszcze dodatkowej miseczki na sałatkę.
Ocena smakosza:
Pieczony łosoś w sosie śmietanowo-czosnkowym jest daniem niezwykłym! Łączy w sobie magiczny aromat kuchni skandynawskiej z nieco bardziej przyziemnymi klimatami, które zapewnia nam świeża sałatka "a la Morawski". Nie da się ukryć jednak, że to sos śmietanowo-czosnkowy jest w tej potrawie prawdziwym liderem - całkowicie zabija łagodny smak łososia, solidnie siekając nasze podniebienie swoją ostrością! Dla jednym będzie to prawdziwą zaletą, dla innych zapewne coś wręcz niedopuszczalnego, ale jak pokazują doświadczenia, tylko kontrowersyjne potrawy przechodzą do historii światowej kulinarii, dlatego uważam, że spróbowanie tego dania powinno być dla każdego świętym obowiązkiem. Odnosząc się jeszcze na koniec do sałatki "a la Morawski", musze uznać ją za częściową porażkę, gdyż nie do końca pasuje do tego dania i smakuje całkiem "przeciętnie" - radzę zastąpić ją czymś innym.


Szacowany czas przygotowania dania: 37 minut
Szacowany koszt składników: 11.29PLN wedle warszawskich cen
P.S. Na deser polecam herbatę z sokiem wiśniowym plus pasek czekolady, coby sobie dogodzić.
16.12.2011
Przemyślenia
Wczoraj wieczorem, gdy przeczytałem newsa na stronie słynnego karczewsko-warszawskiego blogera (Piłkowsky) to zdałem sobie sprawę, jak pozytywne i skuteczne może być pisanie w internecie "pod impulsem" pewnych wydarzeń, czy przemyśleń. Przede wszystkim jesteś "na topie" i "masz wzięcie", bo piszesz o tym, co przed chwilą się wydarzyło, a cały świat tylko poluje na tego typu newsy. Dalej, piszesz "pod impulsem", co znaczy, że robisz to z przyjemnością i nie musisz się katować i wmawiać sobie, że "dawno nie pisałem, czas coś naskrobać". A po trzecie, realizujesz założenie tzw. polityki carpe diem!
I właśnie z tego typu przypadkiem mamy dziś do czynienia w mojej sytuacji! Przed jakimiś 4 minutami przeczytałem informację ze strony jedengo z polskich blogerów, którą przyznam, że zawsze czytuję ze sporym zaciekawieniem, ale przyznam też, że owo zaciekawienie nie wynika wcale z typowych pobudek, ale tych raczej niecnych. Może od razu zastrzegę, że wycieczka personalna, która nastąpi za chwilę nie wynika z żadnych negatywnych przyczyn, jest tylko z mojej strony zwróceniem uwagi na zachowania, które wydają mi się, delikatnie mówiąc, nieodpowiedzialne (żeby nie powiedzieć idiotyczne, kretyńskie, ...). Otóż, czytając owego bloga, za każdym razem dziwi mnie podejście jego autora do treningu. Przytoczę choćby, słynną już w pewnych kręgach teorię "30km dziennie", czy wspomnianą właśnie w dzisiejszym tekście zasadę "jak coś boli to znak, że trzeba trenować mocniej". Nie wiem, nie jestem żadnym ekspertem od biegania i treningu, ale doświadczenie na tyle mnie nauczyło, że słysząc od osoby, która trenuje i chce osiągać wysokie wyniki tego typu sformułowania, w mojej głowie od razu zaczyna mrugać czerwono-fioletowa lampka, która oznacza "biegowe samobójstwo", albo mówiąc mniej tajemniczo "jak dobrze pójdzie to może poczujesz, że coś Cię boli i przestaniesz trenować zanim coś się urwie, pęknie lub złamie". Ale z tego, co pamiętam to chyba w zeszłym roku dobrze niestety nie poszło...
Teraz może przejdę do spraw bardziej przyziemnych. Pragnę zakomunikować, że od następnego tygodnia zaczynam się ruszać, więc wszyscy rywale - bójcie się! Tym samym zakończył się etap roztrenowanio-regeneracjo-rehabilitacji i mam nadzieję, że w przeciwieństwie do ostatniego sezonu coś z siebie wykrzesam przez czas dłuższy niż dwa miesiące bez wymuszonej przerwy. Dziś byłem nawet z panem Cyglerem na 24-minutowej wycieczce, której o dziwo nie zakończyliśmy tempem 3'30min/km. Szkoda! Plan na najbliższe tygodnie zakłada, że do końca grudnia ruszam bardzo spokojnie, a dopiero od nowego roku zacznę dorzucać do pieca, jak wszystko będzie szło właściwym torem, także trzymać kciuki (fani), albo życzyć połamania nóg (wrogowie).
Tak dla formalności na koniec jeszcze pragnę poinformować wszystkich zainteresowanych, że wraz z rozgrywanie kolejnych zawódów w Warszawie poszerza się lista map dostępnych w dziale Mapy by Morawski - zapraszam!
5.12.2011
W wolnych chwilach...
26.11.2011
Walki frakcyjne
Dużo się działo ostatnimi czasy i cały czas się dzieje, zarówno na warszawskiej ziemi, jak i na tej ogólnopolskiej. Nie zamierzam jednak, tak jak co niektórzy, deklarować regularnego pisania tutaj, że następnym razem napiszę "taaaaaaaaką ogromną notkę", że będę pisał regularnie, bo byłbym po prostu hipokrytą. Wiem, że nie wiem, czy to się stanie, więc nie zamierzam rzucać słów na wiatr i psuć (i tak już wątłego wizerunku) Morawskiego. Jedyne, co mi aktualnie pozostaje to pisać o kilku moich przemyśleniach tu i teraz, a to, co będzie w przyszłości może też kiedyś zostanie tu skomentowane, albo i nie. Basta!
Pierwsza ważna sprawa, którą chciałbym poruszyć i która od dłuższego czasu chodzi mi po głowie i nie daje spokoju to tak zwana przeze mnie roboczo kwestia "podziałów". Ostatnie tygodnie to na pewno znaczący wzrost popularności tego słowa, zwłaszcza w kontekście polityków, a szczgólnie, jak większość pewnie dobrze wie, polityków PiSu. Nie zamierzam tu bynajmniej komentować, ani wdawać się w jakieś dysputy polityczne, bo z zasady staram się być apolityczny w swoich wypowiedziach, więc słowo "podział" ma być tylko pewnym nawiązaniem do sytuacji pisowskiej w zupełnie innym, dobrze znanym wielu z nas kontekście.
Otóż chodzi o kwestie podziałów nie w partiach politycznych, ale w klubach naszego rodzimego światka, co w pewnym sensie wydaje mi się dość naturalne, bo nierzadko rodzą się pomiędzy ludźmi sytuacje konfliktowe (wynikające z odmiennych charakterów, czy niespełnionych ambicji), które często prowadzą do różnego rodzaju waśni i sporów. Ale nie od tego jestem, żeby prowadziź tu jakieś dywagacje psychologiczne, tylko chciałem wspomnieć o ciekawym, aczkolwiek smutnym dla mnie osobiście konflikcie, który ma miejsce w jednym z "orientacyjnych" klubów, którego z nazwy wymieniał nie będę. Jest tam podobno mały konflikt pomiędzy zwolennikami dwóch liderów, który niestety został wyolbrzymiony do naprawdę monstrualnych rozmiarów i stał się nawet w pewnych kręgach (związanych z tzw. grupą reformatorów wywodzącą się z głównych miast Polski) tematem przyjacielskich żartów i docinków, dlatego nie sposób mi o tym nie wspomnieć.
Na tyle, na ile mogę tutaj ujawnić część posiadanych przeze mnie informacji to powiem tyle - chodzi o grupę tzw. "paszystów" i "gapistów", które to grupy walczą o wpływy w klubie. Na razie trwa delikatne przeciaganie liny, który skończyć się może różnie, mam jednak nadzieję, że nie będzie to coś w stylu eksplozji bomby atomowej, bo wtedy zmiotłoby nie tylko ów klub, ale pewnie i wszystkich wokół. Należy mieć również nadzieję, że dojdzie w końcu do porozumienia, a przynajmniej do czasowego zawieszenia broni, a szansy na to należy upatrywać w Prezesie, który na dzień dzisiejszy pozostaje neutralny (przynajmniej oficjalnie) wobec zaistaniałej sytaucji.
Na koniec jeszcze chciałbym zaznaczyć, że powyższa informacja nie miała na celu urażenia kogokolwiek, była tylko dość jaskrawym przedstawieniem pewnych faktów, które mają miejsce i chyba nikt (włącznie z Prezesem) nie jest w stanie im zaprzeczyć. W związku z tym pozdrawiam wszystkich "paszystów" i "gapistów", a także wszystkich, którzy ich wspierają oraz mam nadzieje, że to, co napisałem powyżej będzie tylko pozytywną reklamą dla owego klubu, bo jest takie powiedzenie: "nie ważne jak o Tobie mówią, byle mówili" i tak też podsumuję mój wywód!
24.10.2011
Klęska!
Być zadowolonym z dobrze wykonanej roboty - to chyba jedno z fajniejszych uczuć jakie znam. To tak tytułem wstępu do tego, co napiszę za chwilę, bo przed dosłownie kilkoma minutami odkryłem jedną z większych porażek/klęsk/upadków (czy jakokolwiek to zwać), jakie stały się ostatnio udziałem Morawskiego! W ciągu dosłownie półtorej sekundy zburzyło się moje samozadowolenie i zastąpiło je poczucie niewiarygodnej przegranej, która jednak po pierwszej fali wśiekłości przerodziła się w falę śmiechu (żeby nie powiedzieć rechotu, czy rżenia osła). Stało się - mówi się trudno i żyje się dalej. Chcecie wiedzieć co odkryłem? Odpowiedź jest tutaj, spróbujcie się sami domyślić, odpowiedź podam na samym końcu tego wpisu (podpowiedź - chodzi o tabelkę z autorami).
Teraz żeby na chwilę zmienić temat to napiszę tak - obserwowałem wczoraj z pewnymi przerwami na inne czynności życiowe relację z tzw. longu, przede wszystkim byłem ciekaw jak zadziała ten GPS tracking. Miałem na ten temat jakąś szczątkową wiedzę, bo miałem niezaprzeczalny zaszczyt i honor porozmawiać na ten temat z Kierownikiem Dwojakiem (czyli info z pierwszej ręki), jednak chciałem to zobaczyć na własne, morawskie oczy. Wrażenia? Powiem tak - spodziewałem się, że będzie gorzej.
PLUSY:
- wogóle działało!
- była mapa, na którą udało się nanieść strzałeczki pokazujące zawodników i ich ruch (w zależności od jakości sygnału GSM)
MINUSY:
- brak możliwości przybliżenia mapy (nawet jeśli nie ma takiej opcji w aplikacji to wydaje mi się, że można było wrzucić mapę w mniejszej rozdzielczości, co by poprawiło trochę komfort oglądania)
- brak trasy
To takich moich kilka spostrzeżeń, które bynajmniej nie mają na celu skrytykowania tego, co zostało już uczynione, bo uważam, że to naprawdę solidny krok we właściwym kierunku, ale dorzucenie kilku uwag do tego, co można (jeśli ktoś jest na tyle umiejętny) poprawić na przyszłość. Na pewno postęp w stosunku do pierwszych polskich zawodów z pięknie śmigającymi na GPSie zawodnikami jest, tego nawet ja nie zaprzeczę!
Tak na marginesie jeszcze odnośnie owego longu to chciałbym serdecznie pogratulować medalu Maćkowi "Łasicy" Jasińskiemu, który jak widzę powraca formą do pamiętnych czasów z Pucharu Najmłodszych 2003 (dla tych, co nie wiedzą - Maciek był "bogiem" tychże zawodów, rywale wówczas nie istnieli, rozgniatał ich na każdym biegu).
Na koniec jeszcze obiecana odpowiedź - gdy wpisywałem dane do owej tabelki z autorami musiałem oczywiście ważyć każde słowo, żeby nie napisać nic głupiego za co mógłbym zostać skazany na wyrok kartograficzno-topograficznej banicji. Więc gdzie popełniłem błąd? Tam, gdzie myśleć nie musiałem - Źle przepisałem numer katalogowy mapy nadany przez PZOS, jest 2011-59-163-MAZ, a powinno być 2011-59-1693-MAZ. To chyba koniec mojej nędznej kariery kartografa.
26.09.2011
Mistrzostwa Polski
Było warto. I chociaż po cichu liczyłem na złoty medal, który w rzeczywistości okazał się być tak niewiarygodnie blisko, to i tak jestem zadowolony. W miarę, bo mimo wszystko trudno nie być złym tracąc zwycięstwo na przedostatnim punkcie. Ale jak nie teraz to już najbliższa okazja do wygrania na wiosnę. I będę jeszcze bardziej bezlitosny!
Najważniejsze, że udało mi się osiągnąć to, co wydawało się być najtrudniejsze, czyli powrócić do gry. Stoję na starcie i wiem, że przy dobrym biegu mam szansę wygrać - tego nie było przez cały rok. O ile jeszcze dwa miesiące temu byłem zupełnym flakiem i ledwo byłem w stanie potruchtać przez pół godziny, to teraz jest już całkiem nieźle. Aż szkoda, że szykowałem się cały ten czas na jedne zawody, ale było warto! 33 dni w Finlandii - 29 treningów z mapą, 509km w nogach i 73h treningu zrobiły swoje. To była po prostu sama przyjemność.
Dość już tego filozofowania, czas przejść do moich personalnych, subiektywnych spostrzeżeń odnośnie map i tras, czyli tego, co lubicie najbardziej! Otóż dzięki temu, że byłem na Pucharze Wawelu, mogłem w ciągu minionego weekendu dostrzec naprawdę imponujący rozwój umiejętności budowniczego tras i kartografa obydwu tych imprez. Zniknęły już z map prezentowane przeze mnie po Wawelu autorskie "górki w kształcie wielokatów" i inne tego typu przyjemności raczące nasze bystre oczka swoją obecnością. Poza tym pojawiły się piękne obwódki wokół numerów punktów na mapie, co znacznie poprawiło ich czytelność, choć ich usytuowanie nierzadko pozostawiało wiele do życzenia. I te wycięte fragmenty kółek od punktów - szacunek! Tyle na plus. Nadal widzę jednak brak umiejętności powiększania symboli startu, punktów i mety, które były nadal za małe przez co, jak dla mnie, mało czytelne. No ale nie czepiajmy się szczegółów - są postępy, więc wszystko idzie ku lepszemu!
23.09.2011
Puchar UNTS 2011
Mam niezaprzeczalny zaszczyt i przyjemność zaprosić wszystkich szanownych Czytelników na Puchar UNTS 2011! Więcej informacji na www.unts.waw.pl. Od siebie powiem tylko, jako osoba odpowiedzialna na zrobienie mapy i budowę tras, że będzie naprawdę ciekawie! Teren jest przyjemny i wymagający jednocześnie - bagienka, mikrorzeźba, miejscami trudniejsze podłoże, a trasy mam nadzieję, że zaspokoją potrzeby wszystkich zawodników. Zapraszam!
A tutaj jeszcze kilka map z ostatnich treningów w Finalndii:
13.09.2011
Upadek
Ostatni tydzień był nieco pechowy. Ale zanim do tego przejdę, chciałbym na wstępie pozdrowić jednego z zawodników polskiej elity, człowieka o wielkim sercu, zapale do działania i niezwykłym zdolnościach zarządczo-menedżmentowych (nie, Sławku, tym razem to nie o Tobie) - chodzi mi Łukasza "Haribo" Charubę. Serdecznie pozdrawiam i życzę nam dalszej owocnej współpracy w rozmaitych projektach, a przede wszystkich w jednym (o kryptonimie "2020" bodajże?).
Wracając do meritum, był to według mojego zielonego dzienniczka treningowego 41. tydzień treningu w tym sezonie, co ewidentnie świadczy o tym, że miał prawo być pechowy (chodzi o tą trzynastkę w liczbie 41: 41=13x3+2). Zdziwiony tym faktem nie powinienem być z powodu jego oczywistości, a jednak. Było tak:
1. Poniedziałek
NAJwięcej hirvikarpanenów - Biegałem rano dwie krótkei trasy, pierwsza całkiem przyjemna, ale druga (mapa po lewej) była istnym piekłem (szczególnie od 5PK do mety)! Niby przy samym mieście, więc powinno być miło, a okazało się, że nie dość, że jest syf i zielono to jeszcze zaatakowały mnie jak oszalałem hirvi. Tydzień zaczął się niemiło.
Hirvi - Jacek 1:0
2. Wtorek
NAJbardziej nieaktualna mapa - Również miało być fajnie, bo trasa krótka, a mapa jest najbardziej wschodnią częścią mapy Kauppi, na której robię najwięcej treningów, która jest takim miejskim parkiem w zasadzie (rozegrano tam pierwszy sprint na WOC - 2001), bardzo miła, przebieżna, zero hirvi. A ta tutaj wchodnia część okazała się beznadzieja - mokro, nowe wycinki, mnóstwo badylów pod nogami, jednym słowem kolejna kicha.
Hirvi - Jacek 1:1
3. Środa
NAJbardziej parkowa mapa - Taki z zasadzie park osiedlowy, który jak można się domyślić jest bardzo podobny do polskich parków miejskich typu Pole Mokotowskie, Park Szczytnicki, Park Piłsudskiego, Błonia, czy najsłynniejszy z nich wszystkich Park na Zaspie! Jedyna drobna różnica to trochę więcej skał, górek i lasu, tu w fińskim parku. Poza tym ludzi spacerujących tyle samo. A sam trening trochę mnie nudził, ale w sumie po dwóch poprzednich dniach był światełkiem na końcu tunelu, że coś może zmienić się na lepsze w następnych dniach!
Hirvi - Jacek 1:2
4. Czwartek
NAJwięcj błędów - Thierry byłby ze mnie po raz kolejny dumny! Początek trasy to wtopa za wtopą, a że teren był naprawdę trudny to było mi tym łatwiej [błądzić]. Owa mapa to północna część wcześniej już opisanej mapy Ponsa, ta chyba jeszcze cięższa, bo pierwszy raz miałem do czynienia, żeby ktoś na mapie zaznaczył coś w stylu ternu półotwartego (takie bardzo żadkie małe drzewka, głównie brzozy i sosny) jako "biały" las, co naprawdę wprawiło mnie w osłupienie przy pierwszych punktach.
Hirvi - Jacek 2:2
5. Piątek
NAJwiększy syf!!! - Jak można się domyślić, nie jestem jedynym biegaczem na orientację w całym Tampere. W domu na przeciwko naszej willi mieszka pewien Czech, który przybył tu również w ramach Erasmusa i biega dla Tampereen Pyrintö i z miłą chęcią przystał na moją propozycję wspólnego treningu. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie miał z niego jakiegoś pozytku na tym treningu. Plan był prosty - miałem 4 trasy po 1.5-1.7km, każdy miał postawić po dwie, potem zebrać po dwie. Wszystko miało się odbyć w suchym, miłym, przyjaznym lesie, osiągając wysokie tempo biegu. Jak wyszło? Syf, że ledwo dało się przemieszczać, mokro i nieprzyjemnie. Skończyło się na klęsce - każdy postawił dwie trasy, zebrał jedną, w lesie zostało 15 punktów do zebrania na ten tydzień, ale na powrotny autobus zdążyliśmy.
Hirvi - Jacek 3:2
6. Sobota
NAJbliżej domu - Coby wypocząć po trudach i niesprzyjających okolicznościach treningowych całego tygodnia zapadła decyzja z góry - treningowa sjesta, czyli trening na mapie "pod domem". Łatwe, ale do startu tylko kilometr i pogoda nawet dopisała.
Hirvi - Jacek 3:3
7. Niedziela
Zawody! - Nokia, znana powszechnie jako marka telefonów komórkowych, jest również miastem położnonych kilka kilometrów na zachód od Tampere. Tam też miały miejsce niedzielne zawody, w których wziąłem z nieukrywaną radiścią udział! Teren był bardzo przyjemny, choć mocno kamienisty, a przebieg na 1PK zdecydowanie mnie zaskoczył! Aż do 12PK szło jak po sznurku, z kilkoma małymi zawahaniami. Potem nastąpił armagedon i ekspolozja porównaywalna z wybuchem granatu wsadzonego w kupę gnoju. Nagle, niespdziewanie straciłem kontrolę nad moim położeniem, czemu oprócz mojego mózgu winny był ten dziwny półotwarty "biały" las - 3'40 w plecy i było pozamiatane. Skończyło się na 12. miejscu i 4'40 starty do zwycięzcy. Przeszła mi koło nosa cenna nagroda w postaci walizeczki wypełnionej rolkami worków na śmieci różnej poejmności - szkoda.
Hirvi - Jacek 3:4
P.S. Poza tym, jak biegli matematycy mogli zauważyć pewien ciąg liczbowy - począwszy od 28.08, wstawiałem na stronę newsa równo co 7 dni, a tym razem coś nie zagrało i mam jeden dzień obsuwki. Karygodne, Panie Jacku!
P.S.2 Tytułem uzupełnia poprzedniego newsa, jak zwrócił mi uwagę jeden z bardziej namolnych czytelników, nie napisałem o atakach strzyżaka sarniego na osobniki ludzkie i o zagrożeniach, które są z nimi związane. Powiem tylko, że zwykle nie gryzą i nie uprzykrzają się w inny sposób niż samo wskakiwanie we włosie, ale mnie ze dwa razy chyba w jakiś sposób zaatakowały - czułem coś w stylu ukąszenia osy.
P.S.3 Dostałem cynk, że hirvi występują też w Polsce!
5.09.2011
Lipoptena cervi
Strzyżak sarni, strzyżak jelenica (łac. Lipoptena cervi, eng. deer ked or deer fly, fin. hirvikärpänen, pol. paskudny gnojek) - według mojego standardowego źródła wiedzy, czyli notabene Wikipedii, jest to gatunek owada z rodziny narzępikowatych, rzędu muchówek, który w dużym skrócie żyje w niektórych rejonach naszego globu i pasożytuje, jak sama nazwa mówi, na sarnach i jeleniach. Tyle z polskiej definicji!
Będąc w dzisiejszych czasach w Finlandii, nie sposób jest jednak nie dowiedzieć się na jego temat nieco więcej, a wszystko dlatego, że spotykasz się z owym "strzyżakiem" niemalże podczas każdej wizyty w lesie! Ktoś powie - biegałem na Jukoli i żadnego owada nie spotkałem. I ma rację, bo owe "hirvikarpaneny" pojawiają się co roku, ale dopiero na jesieni, a dokładnie ponoć we wrześniu i październiku. Ich uciążliwość polega na tym, że biegnąc, a zwłaszcza idąc po lesie, z nienacka na Ciebie wskakują i wchodzą głównie we włosy, skąd usunąć jest je później dość trudno, bo są nader płaskie, nie zmywają się pod wodą i zabić można je w zasadzie jedynie ściskając je czymś twardym. Wniosek z tego jest jeden - lepiej do lasu nie wchodzić!
Owe "strzyżaki" w Finlandii żyły głównie na łosiach, w przeciwieństwie do Polski, gdzie ponoć atakują, jak już pisałem, jelenie. Ale tak naprawdę w Polsce nigdy ich nie spotkałem, co może jednak wynika z tego, że nie wiedziałem o ich istnieniu. Ale tutaj to jest dramat! Razem z Moniką wykryliśmy pewną zasadę odnośnie ich ataków: po każdym treningu więcej we włosach ma ich Monika, z czego po solidnej analizie wysnuliśmy dwa wnioski:
1. Na ataki "hirvi" narażone są bardziej osoby o dłuższych włosach.
2. Na ataki "hirvi" narażone są bardziej osoby poruszające się po lesie wolniej.
Czyżby spostrzeżenia z gatunku "odkrycia Ameryki"? Chyba nie... Tak, czy siak, strasznie uprzykrzają większość treningów. Po dzisiejszym treningu pobiłem mój rekord, bo znalazłem ich 7, ale to nic, bo Monika niemal po każdym ma ich 20-30 :-)
Tyle jeśli chodzi o lekcję bilogii, teraz trochę o sprawach niecodziennych, czyli o treningach! W ten weekend zawodów nie było, albo inaczej - były, ale Mistrzostwa Finlandii, więc pozostało trenowanie na miejscu. Generalnie codziennie staram się robić tu jeden trening na mapie i czasem drugi, "warszawski", czyli normalny biegowy. Bardzo przypadł mi do gustu ostatnio artykuł na stronie Thierry'ego, bo patrząc na moje przebiegi z treningów i ilość "ślimaków" wokół punktów mógłbym śmiało z Nim rywalizować o tytuł Mistrza Świata. To motywuje! Poniżej kilka map z treningów z ostatniego tygodnia:
Może napiszę kilka słów o dwóch fajniejszych treningach, bo jeszcze nic na ten temat nie pisałem:
1. Ponsa - biegałem go w sobotę, 7.9km, 75', na punktach wstążki, jak widać dość wolno i sporo błądziłem (ale w myśl Thierry'ego jakoś się tym nie martwiłem!), chyba najtrudniejszy teren wokół Tampere, na jakim dotychczas byłem, bardzo fajne otwarte skały, trudny i wymagający, wszyscy, którzy tam nie byli, niech żałują
2. Asema - w ostatnią niedzielę, 11.5km, 89', na punktach "niewidzialne" wstążki, czyli nic, dość szybki trening, dwie pętle, miała to być taka mała próba przed klasykiem na MP, trasa nieco krótsza, ale teren chyba trochę trudniejszy, było kilka drobnych błędów, ale w sumie jestem z niego zadowolony
starsze >>








- WARTO ODWIEDZIĆ:
- :: Robert Banach
- :: Alek Bernaciak
- :: Monika Gajda
- :: Maciek Hewelt
- :: In da kitchen
- :: Wojtek Kowalski
- :: Michał Olejnik
- :: Tadeusz Piłkowsky
- :: Rafał Podziński
- :: Kalikst Sobczyński